pędzę, biegnę… Ostatnie dnie owocują ogromem pracy. Mój brat zamyślił sobie remont pokoju i wciągnął mnie w prace począwszy od planowania, szukania farb itp, mebli i dodatków, po zdzieranie tapety ze ściany. Cieszy mnie to bo lubię pracę fizyczną i to bardzo. O ile nie muszę nic dźwigać to chętnie się przyłączam. I tak w piątek pół dnia spędziliśmy na planowaniu koncepcji nowej aranżacji pokoju oraz szukaniu niezbędnych rzeczy, kupiliśmy śliczne panele i tapety, umyśliliśmy również meble, drugą połowę piątku spędziliśmy pod szyldem wody, pędzla i szpachelki. Pozbawianie ścian okrycia w postaci starej tapety poszło nad wyraz szybko, uprzątnęliśmy plac budowy i miło spędziliśmy resztę wieczorka.
W sobotę tak ekstremalnie nie chciało mi się wstawać, że hoho. Zwlekłam się jednak z piernat, bo Bro przyjechał po wiertarkę z kolejnym poleceniem dla mnie szukania oświetlenia i kanapy. Zjedliśmy śniadanko, ogarnęłam się nieco i zamyśliłam najazd na piwnicę, w której zalegała szafa po poprzednich właścicielach, którą zachowaliśmy rozebraną w celu spłodzenia z niej regału do piwnicy. Poprzedni syfiarze, znaczy mieszkańcy naszego M4 pozostawili nam masę gratów w piwnicy, jakieś cholibka tapczany, szafy i inne tałatajstwa, które sa starsze ode mnie. Nerwy już mi przeszły, choć jak wtargnęłam tam 1 raz, już po wprowadzeniu się, i jak zobaczyłam ten syf, który zostawili to nieźle nagadałam tej kobiecie. wrrr
ale nie o tym chciałam.
Zamyśliłam sobie, ze skoro Bro nie potrzebuje już mej fizycznej pomocy i sam z ojcem będą gładź kładli, ja korzystając z urokliwej pogody uradziłam, że robimy czystkę piwnicową. Myk myk Mocher pojechał po busika do mojego Taty, a ja odziana w dresy, ciepły polar i glany coby móc brodzić dowolnie po śniegu bez poślizgu pomaszerowałam do piwnicy. I zaczęło się. Początek z werwą, zapałem, uśmiechem na ustach. W miarę wynoszenia tych rupieci miałam wrażenia, że nasza piwnica się nigdy nie skończy, że nie uświadczę ścian. Tyle tego było. Lataliśmy z Mocherem z góry na dół, z auta do auta. Pod koniec ja już z „językiem na wierchu” i coraz bardziej bolącym kręgosłupem. Koniec końców wynieśliśmy rupieciarnię. Część do produkcji regału do piwnicy plus  do ewentualnego spalenia w „śmieciuchu” rodziców, a część pozostawiliśmy na śmietniku. Nie byłam bym sobą gdybym od razu nie zabrała się za przeglądanie naszych pudeł, które zalegały w piwnicy, wywaliłam 2 siaty butów, w których nie chodziłam i dwa pudła ciuchów, które choć dobre jakościowo pamiętają czasy mnie sprzed 30kg także sorkens. Odzież wrzuciłam do kontenera dla biednych a siaty z butami postawiłam obok. Mocher wyniósł także ogromne lustra z szafy bo nam nie potrzebne a zbić to bym ich raczej nie chciała, bo po co nam 7 lat nieszczęścia. Po wykonaniu czystki piwnicowej ledwo żyłam, wtoczyłam się na to 3 piętro i niezwłocznie posadziłam zbolały plec i tyłek w wannie dolewając słuszną ilość płynu o zapachu ambrozji na ukojenie. :) 
Mocherek w tym czasie zawiózł drewno :D  i zdążył wrócić gdy ja fachowo popylałam po mieszkaniu w szlafroku. Zmęczona byłam strasznie a jeszcze należało ogarnąć nasze gniazdko. Mocherek smerfnie pomknął w celu poczynienia zakupów żywnościowych, byśmy z głodu nie popadali, a ja w tym czasie z wielką łaską odkurzyłam całe M, starłam kurze w akcie dobrej woli i poległam na kanapie z czesławem na kolanach oraz mocnym postanowieniem nic nie robienia aż do poniedziałku :)
I tak dzisiaj wstaliśmy po wczorajszym „westernie” prawie w południe :D Ja z zapchanym nosem i głosem jakbym piła zimne piwo przez miesiąc bez przerwy, a M delikatnie mówiąc skręcony w paragraf. Po zażyciu febrisanu przeze mnie dolegliwości „chorobowe” minęły i mogłam normalnie funkcjonować. Jeszcze zaaplikuję zapobiegawczą jedną saszetę na noc i jutro spodziewam się być jak nowo narodzona. 
Wiadomość z ostatniej chwili, jutro Bro prosił byśmy pojechali do niego na tzw. docieranie gładzi. Chcę mu pomóc ale cholibka zamierzałam skupić się w tym tygodniu na pisaniu pracy i oddaniu jej w sobotę. Kurczaki muszę to jakoś sensownie zorganizować coby Młodemu pomóc a i swoją robotę odwalić. Mocher jutro chwalebnie ma wolne to rano zakotwiczę w urzędzie pracy, wypadałoby się w końcu zarejestrować, choć w planach mam już poszukiwanie pracy. Ale to temat na osobną notkę.
Dzisiaj spędzamy z Mężowskim dzień pod hasłem leniwiec rulez. Ja wertuję różne stronki na czesławie w poszukiwaniu pomysłów na urodziny w/w oraz święta,  a także mebli i kanapy dla Bro, a Mocher przechodzi levele w grze, w którą łoi już 2 miesiące i końca nie widać. Po tym jak sobie sprezentował nowego super-ful-wypasionego kompa to  oczy mu świecą jak dwie latarnie morskie, rączki zacierają i dzień w dzień łupie w tą swoją strategię czy jak to się tam nazywa. Chodzi jakimś maczo-bronko odzianym w zbroję i walczy ze smokami :D A myślałam, że ja mam sprany beret :D
Dzisiaj również jawiłam się jako żona idealna, włosy swe po umyciu jedynie wysuszyłam co poskutkowało buszem loków na głowie, ja tego nie znoszę i prostuję je nałogowo, ale Mocher ubóstwia mnie w wersji pudel, więc uległam. Popieściłam również podniebienie ślubnego żałośnie prostym plackiem pt. murzynek, ale że owy uwielbia wszelkiej maści ciasta i ogólnie słodycze, sam pożarł już większą część blaszki. Łasuch jeden, ale niech ma w końcu już będzie ze dwa miesiące jak żadne ciasto wrót piekarnika nie opuściło. Obiadek tradycyjny w kuchni pachniał, rosołek z kluseczkami oraz porcja drobiu z pure (czy jak to się tam zowie) i suróweczką. Sielsko anielsko, prosto, fantastycznie, ciepło, domowo, błogo i cudownie.
tym miłym akcentem zwieńczam dzisiejsze wypociny z góry przepraszając za masę wstrętnych kolokwializmów, które rozpanoszyły się w dzisiejszym poście, ale tak jakoś mi do humory podpasowały mojego i już.
Buziole Skarbole :)
P.S. Dajecie wiarę?? dziś rano nie było już śladu po pozostawionych przeze mnie wczoraj siatkach z butami ani tych mega luster w starych drzwiach szafy. Niezłego szoku doznałam nie ma co :)
P.S. 2 Aaa zapomniałabym w ferworze czystki piwnicowej znalazłam ubiegłoroczne żonkile i hiacynty, które w przeurokliwy sposób ozdabiały nasz wielkanocny stół. Myślałam, że został z nich już susz, ale nieee. Piękne pączki wypuściły, ku mej wielkiej radości. Od razu je przesadziłam w świeżutką ziemię do doniczek. Mam nadzieję, że zdążą ślicznie zakwitnąć do świąt.
P.S. 3 moje storczyki szaleją kwitną jeden za drugim :) Ledwie jeden przekwitł drugi puścił piękne fioletowo-różowe kwiaty i wylądował w sypialni. Natomiast dziś spostrzegłam, iż drugi już ostro kiełkuje dwoma pędami, pozostaje tylko czekać aż za jakiś miesiąc zacznie puszczać białe pąki. YES YES YES
Wiosna Kochani wiosna za rogiem :)