wpadam w panikę, panikuję, trzęsę portkami czy jak to inaczej nazwać. Jutro o 8 rano mam egzamin, jestem w proszku, nie opracowałam jeszcze całego materiału a to, co opracowałam mi się pomieszało i zrobił się kipisz. Jutro będzie masakra i to z użyciem tej sławetnej piły. Zachciało mi się studiów, jak ja mam tak przeżywać każdy egzamin to serce mi wysiądzie na koniec.
Nic czekam teraz na księdza, po się zachciało robić wizytę akurat dzisiaj kiedy ja powinnam się uczyć wrrrr a zapewne jak zasiądę do nauki to będzie dzwonek do drzwi i denerwuje mnie to, a w połączeniu z w/w paniką i faktem, że dostałam „koleżanki” czuję się  co najmniej porąbana.
Jest plus nie chodzę wściekła, nie drę się, nie wkurzam otoczenia, tylko siedzę i czuję w żołądku pralkę ustawioną na maksymalne obroty. Chciałabym to zdać i zapomnieć już się nie mogę doczekać obrony i rzucę tą naukę w kąt, pomyśleć, ze chciałam się doktoryzować, chyba mnie pogięło :D nie dam rady psychicznie znieść nacisku, nie ma szans.
ok panika się odzywa, paaaanika… wdech i wydech, wdech i wydech chcialabym, zeby już było po. 
Trzymajcie kciuki, błagam uniżenie, jutro o 8 rano i tak do 9 wytrzymajcie bo mi się to przyda i to jak. Jeszcze resztką głupiej nadziei przysiądę do nauki a co żeby mi się wszystko pomieszało albo wyprostowało. Z uwagi na fakt, iż egzamin jest rano pewnie nie będę w stanie wstać wcześniej i powtarzać a przydaloby się. MOże mi się uda wstać o 5 i ze dwie godzinki się pouczyć. 
Jak same widzicie walnęło mi na mózg i głupieję bez reszty. Tak strasznie się kurczaki martwię, ze obleję jakby świat się miał zawalić. Durne to jak diabli, ale cóż zrobić, moje drugie imię to paaanika …
zmykam, bo bredzę dokumentnie, napiszę jutro czy poszło czy nie…
paaaaaanikuję …