buildingamystery blog

Twój nowy blog

ZMIANY

14 komentarzy

Kochani…

ponieważ czytają mnie osoby, których sobie nie życzę w moim świecie zmieniam mam nadzieję, że już poraz ostatni lokalizację. Nowe miejsce będzie ohasłowane, więc jeśli ktoś z Was chce dalej mnie odwiedzać proszę o maila. Przepraszam, ale nazbyt cenię sobie prywatność.

 

Pozdrawiam

 

czyżby wiosna już rozpychała się na dobre w śnieżnym klimacie zimy? W powietrzu czuć już świeżość. Kwiaty na parapecie wprost szaleją, aż się nadziwić nie mogę jak cudnie się rozwijają. Chyba Wam pokażę jeśli chcecie, bo mnie zachwyt zapiera dech w piersiach.
Wczoraj było światowe święto kobiet. O mnie pamiętał tylko mąż i szwagier. Ciężko zdziwiona jestem, że brat, ojciec i teściu nie zadzwonili. Ale mniejsza o większość, choć nie powiem było mi trochę przykro.
Mąż natomiast raniutko wstał do pracy, ja spałam w najlepsze, wycałował, wyściskał, pogłaskał mnie po buźce i życzenia złożył :) Mimo, że w półśnie byłam to pamiętam i bardzo mi było miło :) Po powrocie z pracy nie spodziewałam się niczego wielkiego, a dostałam przepiękny bukiet białych róż. Powiem Wam, że te czerwone róże są zdecydowanie przereklamowane. W gratisie pochwalę się Wam tymi ślicznościami :)
Oto i one:
Nie lubię czytać, że „ja nie obchodzę walentynek i dnia kobiet bo to komercja”. A dla mnie jest to miłe. Faceci z natury nie zwracają uwagi na to, ze kobietom czasem trzeba dać kwiaty, czy czekoladki. Ja mam to szczęście, ze mój M pamięta o mnie i w inne dni, ale są tacy, którzy w pędzie życia o tym zapominają. I tym bardziej miło patrzeć jak w choćby te dwa dni w roku mężczyźni wybierają kwiaty i prezenciki dla swych dam. Jak pary przytulone chodzą po ulicach 14 lutego. Bardzo lubię patrzeć na szczęście innych :) Dlatego jestem za. Fakt, że tandetą straszą sklepy, ale taka już ich uroda i tyle, nie ma co się na to nadymać. Każdy z nas musi z czegoś żyć, trudno się dziwić, ze korzystają sprzedawcy z szansy dodatkowego dochodu.
Ok mam nadzieję, że krytyka mnie nie zaszczuje :D
Pozdrawiam Was cieplutko.
Buziaki
Żonkile na oknie z dnia na dzień są coraz okazalsze. Słoneczko za oknem spać za długo nie daje, ale za to power jest taki, że hoho. Bro już praktycznie kończy remont, podłogę położył, ściany pomalował, meble kupił. Oczywiście targał mnie po tych wszystkich sklepach. Szykuje się zatem w sobotę parapetówka.
Ale ja nie o tym. Martwię się bardzo moim Mocherkiem, przygasł mi ostatnio. Eternity, Ty wiesz o co chodzi. Teściowa przeszła samą siebie ot tyle. Nie wiem co mam zrobić, by mu humor poprawić. Wczoraj nawet zadebiutowałam w kuchni jako sprawca zupy wiśniowej, której ja nie lubię (wiadomo słodkie), a za którą szaleje mój Mąż. Zajadał ze smakiem i choć na chwilę w jego oczach radosne płomyki dostrzec można było.
Powiem tak. Nie rozumiem ile w ludziach musi być zła, żeby robić takie rzeczy?

4 komentarzy
pędzę, biegnę… Ostatnie dnie owocują ogromem pracy. Mój brat zamyślił sobie remont pokoju i wciągnął mnie w prace począwszy od planowania, szukania farb itp, mebli i dodatków, po zdzieranie tapety ze ściany. Cieszy mnie to bo lubię pracę fizyczną i to bardzo. O ile nie muszę nic dźwigać to chętnie się przyłączam. I tak w piątek pół dnia spędziliśmy na planowaniu koncepcji nowej aranżacji pokoju oraz szukaniu niezbędnych rzeczy, kupiliśmy śliczne panele i tapety, umyśliliśmy również meble, drugą połowę piątku spędziliśmy pod szyldem wody, pędzla i szpachelki. Pozbawianie ścian okrycia w postaci starej tapety poszło nad wyraz szybko, uprzątnęliśmy plac budowy i miło spędziliśmy resztę wieczorka.
W sobotę tak ekstremalnie nie chciało mi się wstawać, że hoho. Zwlekłam się jednak z piernat, bo Bro przyjechał po wiertarkę z kolejnym poleceniem dla mnie szukania oświetlenia i kanapy. Zjedliśmy śniadanko, ogarnęłam się nieco i zamyśliłam najazd na piwnicę, w której zalegała szafa po poprzednich właścicielach, którą zachowaliśmy rozebraną w celu spłodzenia z niej regału do piwnicy. Poprzedni syfiarze, znaczy mieszkańcy naszego M4 pozostawili nam masę gratów w piwnicy, jakieś cholibka tapczany, szafy i inne tałatajstwa, które sa starsze ode mnie. Nerwy już mi przeszły, choć jak wtargnęłam tam 1 raz, już po wprowadzeniu się, i jak zobaczyłam ten syf, który zostawili to nieźle nagadałam tej kobiecie. wrrr
ale nie o tym chciałam.
Zamyśliłam sobie, ze skoro Bro nie potrzebuje już mej fizycznej pomocy i sam z ojcem będą gładź kładli, ja korzystając z urokliwej pogody uradziłam, że robimy czystkę piwnicową. Myk myk Mocher pojechał po busika do mojego Taty, a ja odziana w dresy, ciepły polar i glany coby móc brodzić dowolnie po śniegu bez poślizgu pomaszerowałam do piwnicy. I zaczęło się. Początek z werwą, zapałem, uśmiechem na ustach. W miarę wynoszenia tych rupieci miałam wrażenia, że nasza piwnica się nigdy nie skończy, że nie uświadczę ścian. Tyle tego było. Lataliśmy z Mocherem z góry na dół, z auta do auta. Pod koniec ja już z „językiem na wierchu” i coraz bardziej bolącym kręgosłupem. Koniec końców wynieśliśmy rupieciarnię. Część do produkcji regału do piwnicy plus  do ewentualnego spalenia w „śmieciuchu” rodziców, a część pozostawiliśmy na śmietniku. Nie byłam bym sobą gdybym od razu nie zabrała się za przeglądanie naszych pudeł, które zalegały w piwnicy, wywaliłam 2 siaty butów, w których nie chodziłam i dwa pudła ciuchów, które choć dobre jakościowo pamiętają czasy mnie sprzed 30kg także sorkens. Odzież wrzuciłam do kontenera dla biednych a siaty z butami postawiłam obok. Mocher wyniósł także ogromne lustra z szafy bo nam nie potrzebne a zbić to bym ich raczej nie chciała, bo po co nam 7 lat nieszczęścia. Po wykonaniu czystki piwnicowej ledwo żyłam, wtoczyłam się na to 3 piętro i niezwłocznie posadziłam zbolały plec i tyłek w wannie dolewając słuszną ilość płynu o zapachu ambrozji na ukojenie. :) 
Mocherek w tym czasie zawiózł drewno :D  i zdążył wrócić gdy ja fachowo popylałam po mieszkaniu w szlafroku. Zmęczona byłam strasznie a jeszcze należało ogarnąć nasze gniazdko. Mocherek smerfnie pomknął w celu poczynienia zakupów żywnościowych, byśmy z głodu nie popadali, a ja w tym czasie z wielką łaską odkurzyłam całe M, starłam kurze w akcie dobrej woli i poległam na kanapie z czesławem na kolanach oraz mocnym postanowieniem nic nie robienia aż do poniedziałku :)
I tak dzisiaj wstaliśmy po wczorajszym „westernie” prawie w południe :D Ja z zapchanym nosem i głosem jakbym piła zimne piwo przez miesiąc bez przerwy, a M delikatnie mówiąc skręcony w paragraf. Po zażyciu febrisanu przeze mnie dolegliwości „chorobowe” minęły i mogłam normalnie funkcjonować. Jeszcze zaaplikuję zapobiegawczą jedną saszetę na noc i jutro spodziewam się być jak nowo narodzona. 
Wiadomość z ostatniej chwili, jutro Bro prosił byśmy pojechali do niego na tzw. docieranie gładzi. Chcę mu pomóc ale cholibka zamierzałam skupić się w tym tygodniu na pisaniu pracy i oddaniu jej w sobotę. Kurczaki muszę to jakoś sensownie zorganizować coby Młodemu pomóc a i swoją robotę odwalić. Mocher jutro chwalebnie ma wolne to rano zakotwiczę w urzędzie pracy, wypadałoby się w końcu zarejestrować, choć w planach mam już poszukiwanie pracy. Ale to temat na osobną notkę.
Dzisiaj spędzamy z Mężowskim dzień pod hasłem leniwiec rulez. Ja wertuję różne stronki na czesławie w poszukiwaniu pomysłów na urodziny w/w oraz święta,  a także mebli i kanapy dla Bro, a Mocher przechodzi levele w grze, w którą łoi już 2 miesiące i końca nie widać. Po tym jak sobie sprezentował nowego super-ful-wypasionego kompa to  oczy mu świecą jak dwie latarnie morskie, rączki zacierają i dzień w dzień łupie w tą swoją strategię czy jak to się tam nazywa. Chodzi jakimś maczo-bronko odzianym w zbroję i walczy ze smokami :D A myślałam, że ja mam sprany beret :D
Dzisiaj również jawiłam się jako żona idealna, włosy swe po umyciu jedynie wysuszyłam co poskutkowało buszem loków na głowie, ja tego nie znoszę i prostuję je nałogowo, ale Mocher ubóstwia mnie w wersji pudel, więc uległam. Popieściłam również podniebienie ślubnego żałośnie prostym plackiem pt. murzynek, ale że owy uwielbia wszelkiej maści ciasta i ogólnie słodycze, sam pożarł już większą część blaszki. Łasuch jeden, ale niech ma w końcu już będzie ze dwa miesiące jak żadne ciasto wrót piekarnika nie opuściło. Obiadek tradycyjny w kuchni pachniał, rosołek z kluseczkami oraz porcja drobiu z pure (czy jak to się tam zowie) i suróweczką. Sielsko anielsko, prosto, fantastycznie, ciepło, domowo, błogo i cudownie.
tym miłym akcentem zwieńczam dzisiejsze wypociny z góry przepraszając za masę wstrętnych kolokwializmów, które rozpanoszyły się w dzisiejszym poście, ale tak jakoś mi do humory podpasowały mojego i już.
Buziole Skarbole :)
P.S. Dajecie wiarę?? dziś rano nie było już śladu po pozostawionych przeze mnie wczoraj siatkach z butami ani tych mega luster w starych drzwiach szafy. Niezłego szoku doznałam nie ma co :)
P.S. 2 Aaa zapomniałabym w ferworze czystki piwnicowej znalazłam ubiegłoroczne żonkile i hiacynty, które w przeurokliwy sposób ozdabiały nasz wielkanocny stół. Myślałam, że został z nich już susz, ale nieee. Piękne pączki wypuściły, ku mej wielkiej radości. Od razu je przesadziłam w świeżutką ziemię do doniczek. Mam nadzieję, że zdążą ślicznie zakwitnąć do świąt.
P.S. 3 moje storczyki szaleją kwitną jeden za drugim :) Ledwie jeden przekwitł drugi puścił piękne fioletowo-różowe kwiaty i wylądował w sypialni. Natomiast dziś spostrzegłam, iż drugi już ostro kiełkuje dwoma pędami, pozostaje tylko czekać aż za jakiś miesiąc zacznie puszczać białe pąki. YES YES YES
Wiosna Kochani wiosna za rogiem :)
jestem, żyję, choć ostatnio zasmuca mnie kilka spraw.
Jak zapewne pamiętają Ci, którzy są ze mną dłużej miałam przyjaciółkę, która była moją świadkową, potem ja jej, potem bardzo, ale to bardzo źle między nami było, przegięła a ja się załamałam i przez ponad rok nie byłam w stanie z nią rozmawiać. Zawsze ciężko przeżywam „zdradę” przyjaciela.
Po jakimś czasie nasze relacje powolutku ulegały ociepleniu, przeprosiła mnie, ja byłam już gotowa wybaczyć i nasza przyjaźń odżyła. Wszystko było ok, ona zaszła w ciążę ja, choć bolało, cieszyłam się razem z nią i co??? ano znowu się rozpadło, tylko tym razem już na dobre. Jej mąż powiedział o mnie takie rzeczy, ze do dziś dzwonią mi w uszach, to już ponad 2 miesiące jak się z tym gryzę i nie mogę sobie dać rady. A co ona na to? Ano, ze jej mąż zachował się karygodnie, ze przeprasza za niego, ale on nie przeprosi mnie i już. Nie mogłam i nie mogę zrozumieć, jakby mój mąż tak zjechał moją przyjaciółkę to dostałby po uszach i musiał przeprosić i koniec. Jak można tak skrzywdzić drugiego człowieka oszczerstwami. Koniec końców nie podołałam temu zdarzeniu, bo jak mogłabym ich odwiedzić i spojrzeć temu człowiekowi w oczy, raz, że by mi serce pękło, a dwa to bym mu chyba w twarz dała. I tak wiem, ze miała termin na koniec stycznia, początek lutego. Dzień w dzień o niej myślałam, jak się czuję, jak poród. Czekałam na wieści, myślałam, gdzieś w głębi serca miałam nadzieję, że zadzwoni albo chociaż wyśle smsa, że urodziła. Nie dostałam żadnej wiadomości, ostatnio weszłam na nk i widzę, że synek już się urodził. 
Jest mi tak strasznie źle, drugi raz zaufałam i po raz kolejny mnie skrzywdzili, tym razem oboje. Każdy mi powtarza, że powinnam o tym zapomnieć, że nie są warci mojej przyjaźni, że byli przy mnie jak czegoś chcieli. A ja co? A ja głupia przeżywam, smutno mi i co gorsza pamiętam słowa jej męża…. Bo do jasnej cholery jak można powiedzieć kobiecie, która stara sie dłuższy czas o dziecko, ze cytuję: „mam nadzieje że nie będziecie mieć dzieci bo za  jakie grzechy miały by mieć
tak z pieprzone dzieciństwo przez nią!” !!!!! Jak można??!! Wiedział, że walczymy o dzidziusia, jak przyjechali i ona mi opowiadała, ze zdecydowali się  na dziecko, w następnym miesiącu się starali, a w dwa miesiące później była w ciąży. Ona, która nigdy dzieci mieć nie chciała, bo marzyli o podróżach. Jak mi to opowiadała, to łzy same leciały mi z oczu, bo ja już tyle lat czekam. I co niech mi nie mówi, ze nie wiedział!!! Z premedytacją powiedział te słowa, zeby mnie zranić i to w taki sposób, ze brak słów…
A miałam nie smęcić… Boli mnie to jednak i to bardzo…
sesja zdana ;) został jeszcze projekt, ktory został oddany pozostaje czekać na wyniki…
mam do skończenia magisterkę i zrobię to, a co  :)
Poza tym odnawiam się wewnętrznie, duchowo… dobrze mi… tfu tfu…
na dziś to tyle…
wkrótce więcej 
buziole Słodziaki :)
AAAAAAAAAAAAa
właśnie zobaczyłam wyniki :) szczęśliwam pod niebiosa :D
Jeszcze muszę oddać w sobotę projekt i po sesji…. YES YES YES
Dużo się ostatnio zastanawiałam nad życiem, tak a obiecałam sobie, że nie będę tego robić. Jednak im dłużej myślę, tym do bardziej pozytywnych wniosków dochodzę. Wiele z moich problemów da się rozwiązać, wiele problemów choć wydają się ogromne i nie do przejścia w jakiś sposób nauczę się rozwiązywać (czyt. teściowa) w końcu głupia nie jestem. A reszta… Jest tylko jeden problem, z którym uporać się nie potrafię, a mianowicie brak mozliwości posiadania potomstwa, może jakiś cud się wydarzy, ale wiary w to już nie mam pozostała tylko nadzieja. Jeszcze mnie to męczy, ale poważnie rozważamy adopcję, myślałam o adopcji ze wskazaniem, boję się jednak reakcji naszych rodziców. Póki co mamy plan, ze skończę studia, w między czasie jeszcze popróbujemy z lekarzami i przede wszystkim odpuszczamy, w końcu jeszcze taka stara nie jestem ;)
Cieszę się również z tego, jakiego mam męża. CHoć czasami mam go ochotę przez balkon wyrzucić lub poćwiartować to w gruncie rzeczy dobraliśmy się niemalże idealnie :D Mamy oboje takie charakterki, ze hoho i iskrzyło swego czasu negatywnie mocno, ale odkąd jesteśmy tu, wyluzowana chodzę, uśmiechnięta. Baa ostatnio sama siebie zaskoczyłam, chodziliśmy chyba do sklepu, za rączkę a ja się śmiałam tak, że nie pamiętam kiedy tak radośnie mi było. M też widzi zmianę między mną z pomorza, a mną tu i wie, że dobrze zrobił, bo wraca dziewczyna, w której się zakochał. I to też mnie cieszy…
Cieszy mnie także to, że Moher tak mnie wspierał podczas sesji, chodził na paluszkach nie marudził, ze się brudno robi, ze nie zawsze jest taki obiad jaki powinien być, pomagał gotować, ba nawet odparł atak teściowej, która powiedziała, ze tylko on jest w stosunku do mnie wyrozumiały, a ja to *** sami wiecie. Podziwiam upór tej kobiety w dążeniu do celu, jaki obrała, nie patrzy na to, że jesteśmy razem już 7 lat z czego blisko 4 lata jesteśmy małżeństwem. A niech się spala tą nienawiścią :D
Cieszy mnie również to, ze mam fajną rodzinkę, że mam cudownych rodziców, rodzeństwo, że otaczam się wąskim, ale ważnym dla mnie gronem osób. Cieszę się, że piszę bloga, choć ten portal jakis mało przystępny jest. Cieszę się z tego, ze poznałam świetne osoby dzięki mojemu pokracznemu pisaniu, dostrzegam także, dzięki szerlokowi umieszczonemu w dolnej części bloga, z jakich stron świata mnie odwiedzacie. Cieszy mnie wszystko :) do takich właśnie wniosków doszłam podczas ostatnich dwóch dni :)
Zmykam, wciąż sie ciesząc… wypiję porcję porannej kawusi, przetrę zaspane wciąż oczęta i zasiądę nad projektem :)
Buziaki Słodziaki 
dziękuję za wsparcie i za to, że jesteście w moim życiu

…po

3 komentarzy
po egzaminie, pisałam z głowy a można było ściągać jak złoto i kurtynka znowu mam dylemat czy te moje wypociny wystarczą. Głęboko wierzę, że uda się zaliczyć. Kurcze ta sesja to dramat ogrom materiału a wydawałoby się, że będzie łatwiej.
W sobotę Mocherek miał imieniny, w sumie nic nie planowaliśmy bo o 17 miałam egzamin, ale wpadł do nas mój brat, zrobiłam zakupy szybkie w tesco i w 30 minut naszykowałam niezłą biesiadę. Na drugi dzień chłopcy ledwo żyli, ale obaj zadowoleni z imprezki a to najważniejsze.
Wczoraj także rozmawiałam z moją Mamcią (byliśmy u rodziców na obiedzie) i powiedziałam jej, że nie wiem co chcę w życiu robić. Na bycie nauczycielką polskiego już za późno musiałabym kolejne studia rozpoczynać, kupę kasy znowu wyłożyć. A tak zostałam z ręką w przysłowiowym nocniku, bo kierunek, który kończę nijak się ma do moich zainteresowań. I tak nie wiem nawet jakiej pracy szukać :D i to jest dramat. Pół nocy wczoraj nie spałam, łaziłam po domu do 3 nad ranem, potem położyłam się do łóżka ale niewiele to dało. 
Tak, zdecydowanie należę do osób za dużo myślących, stąd wniosek albo zabiorę się za coś, co wypełni mi czas tak, by nie myśleć, albo nie wiem.
Dołujące jest to, że obie ósemki na górze mi rosną stłaczają pozostałe zęby, ze praktycznie dzień w dzień boli mnie głowa, ale panika przed zębolnią jest większa. M stwierdził, że po 10 (czytaj wypłacie) pójdziemy do zębolni, zrobimy prześwietlenie i uradzimy z chirurgiem co dalej… jak sobie pomyślę, że czeka mnie kolejne chirurgiczne wyrywanie zęba to robi mi się słabo i coraz częściej rozważam wyleczenie i wyrwanie zębów pod narkozą. Usypiasz oni cię maltretują, budzisz się co prawda obolała, ale bez stresu i nerwówki. Mamcia krzyczy na mnie, ze to niebezpieczne, ale co gorszego może mnie spotkać, no może ok, ale trudno ryzyk fizyk raz się żyje. Mała strata w razie czego.
W ramach dzisiejszej akcji pt: dzisiaj nie rozważamy, nie martwimy się, nie myślimy” popylam od rana z odkurzaczem, szmatą i mopem, rąk już nie czuję. Nawet fugi w przedpokoju szczoteczką do zębów wyszorowałam. W tle nastwiłam sobie ostatnio moją ukochaną ściężkę dźwiękową do „Sagi Zmierzchu: Księżyc w nowiu”, depresyjność tych kawałków dobrze wpływa na odegnanie mych smutków, po przesłuchaniu całej płyty włączam ściężkę dźwiękową do „Zmierzchu” (hihihi), a tam fajne, rockowe kawałki i humor od razu wraca, a smutki razem z potem ulatują w kosmos. 
Siedzę teraz ledwo żywa, bo przy okazji sprzątania tyłkiem w rytm muzyki pokręciłam. Za to mieszkanie aż lśni ;)
Chyba smerfnę do wanny, kąpiel z pianą i booskim olejkiem na pewno mnie maksymalnie zrelaksuje.
Buziaki Kochane i dziękuję Wam za wsparcie sesjowe, ostatnio kciuki pomogly, mam nadzieję, że i tym razem się uda :)

zaliczyłam

4 komentarzy
wiem, panika to moje drugie ja podczas sesji.
Egzamin zaliczyłam, w sobotę mam ostatni. Jak uda się zdać to już z górki będzie.
Przeziębiona jestem, nie wiem kiedy zdążyłam się tak załatwić, ale ledwo siedzę. Głowa mi pęka i ogólnie jakoś tak niewyraźnie.
Przedwczoraj Sis do mnie na noc przyjechała, wczoraj cały dzień u mnie spędziła i fajnie było. Lubię jak mnie odwiedza. Wczoraj po pracy wpadła też Mamcia i we trzy laseczki sobie siedziałyśmy :) Moja Mama to chodzący anioł, fantastyczna kobieta. 
Piłyśmy zieloną herbatkę, Sis w pewnym momencie poszła do małego pokoju siadła do kompa Mochera i już jej nie było hehehe a my z Mamcią w salonie przeglądałyśmy nk, Mama opowiadała o swoich znajomych, o historiach z czasów kiedy chodziła do podstwówki. Chyba  z dwie godziny tak paplałyśmy hihi ocknęłam się na chwilę przed powrotem M, szybko nastawiłam kurczaka i z powrotem do plot. Potem szybki obiadek, Mamcia się uparła, że wrócą z Sis autobusem, jak się można spodziewać M na to nie pozwolił, ubraliśmy się i poszliśmy na parking. A śniegu u nas tyle, że masakra. Trzymałam Mamcię,żeby w poślizg nie wpadła a skończyło się na tym, że moje glany bardziej poślizgowe niż Mamci kozaki :D i kilka razy to ja bym leżała na glebie, gdyby mnie Mamcia nie przytrzymała :D
Jako rasowe babeczki zadecydowałyśmy, że jeszcze skoczymy na zakupy do hipka. Oczywiście Mamcik jak weszła to nam gdzieś od razu zginęła :D ale sprawnie nam poszło, biorąc pod uwagę fakt, że Mama spędza zawsze mnóstwo czasu na zakupach i ciężko ją wyciągnąć ze sklepu :D Odwieźliśmy dziewczyny do domu i wróciliśmy na chatę. 
W domku wieczór (raczej późny wieczór, bo wróciliśmy prawie o 22) z lampką wina i dobrą komedią. Uśmiałam się jak dziecko, polecam gorąco „Alvin i wiewiórki”. Rozbrajają mnie i to jak. 
A dziś rano dobra nowina, ze egzamin zdany, siedzę teraz przy czesławie, buszuję na necie, a powinnam się uczyć. Jak zwykle ciężko mi jest się zebrać do tego, ale myślę, że o 13 zasiądę i zacznę zakuwać na sobotni egzamin. 
A tak nawiasem mówiąc, Mocher się ze mnie nabija bo w domu panika bierze górę, chodzę po mieszkaniu, miejsca sobie nie mogę znaleźć, łzy z oczu lecą, dramat totalny :D ale jak zadzwoni spanikowana koleżanka, ja emanuję spokojem, pocieszam ją, że damy radę, że na pewno będzie dobrze. Zwykle kończy się na tym, że przez cały tydzień wydzwaniają do mnie koleżanki z roku, a ja ostoja spokoju (hahaha) je pocieszam. I jak to nazwać??
Dobra zmykam
P.S. dzięki Kochaniutkie za wsparcie. Ślę Wam ooooogromnego buziaka ;o) prosząc nieśmiało o ponowne trzymanie kciuków w sobotę
maaaaasakra!!!!!!
Wczoraj siedziałam po południu do 23 z nosem w notatkach, ściągi nawet zrobiłam :D ściągi dla mnie, jak ja nie umiem ściągać, ale Mocher stwierdzil, że raźniej mi będzie.
A dzisiaj szanowny p. profesor wpuszczał na aulę wyrywkowo z listy, rozsadzał ekstremalnie, kazał torebki złożyć na podeście, dawał swoje arkusze i zestawy. Siedziałam jak sparaliżowana, stres nawet w palcach u stóp czułam, koleżanka obok dostała zestaw patrzę do niej a tam świetne pytania, wszystko bym napisała. Otrzymałam swój zestaw i łzy mi w oczach stanęły. Jedno pytanie pikuś: oddziaływanie impulsów pieniężnych poprzez kanał majątkowy – napisałam, ale dalsze pytania dramat. Jedno gdzieś odkopałam wiedzę i coś dosłownie spłodziłam po swojemu wg własnego rozumowania, a mianowicie oddziaływanie długu publicznego na gospodarkę. Patrzę teraz w notatki to z grubsza, dosłownie z grubsza mam dobrze, ale nie uwzględniłam podziału tego oddziaływania na 3 kanały. Ostatnie pytanie… i tu zaczęły się za przeproszeniem „jaja”. W notatkach z wykładu na to pytanie miałam mało, właściwie nie było jednoznacznej na nie odpowiedzi. A to pytanie wśród osób na auli budzilo odruchy przerażenia i paniki. Wyobraźcie sobie moją minę. Myślałam, ze zemdleję normalnie. Ale siedzę, widzę jak reszta zżyna perfidnie, ja zaopatrzona w ściągi chyba bym umarła jakbym miała ściągać, mam wrodzony brak umiejętności ściągania :D I tak siedzę, patrzę bezwiednie na zestaw z pytaniami i myślę: ale wtopa, ja to zawsze muszę trafić na takie pogięte pytania. Jakbym była mądra to bym sie nauczyła itp. Gapię się na profesora, ten na mnie, patrzę obok jak reszta pisze. I myśle sobie, a w du** to mam piszę po swojemu i napłodziłam odpowiedź „w ciemno” na to 3 pytanie, totalnie popłynęłam swoim tokiem rozumowania, a nóż widelec mi to uzna.
Wyszłam z auli jako 3 osoba, reszta uhahana zżyna jak trzeba, ja ze łzami w oczach oddałam kartkę popędziłam do szatni i na dwór. 
Siedzę już w domu i jestem załamana. Nie wiem czy cokolwiek z tych moich wypocin pomijając jedno pytanie, na które napisałam dobrze, jest cokolwiek warte. Pukam się w czoło,bo mogłam się lepiej przygotować, zawsze tak jest. 
także w pełni świadoma jestem tego, że poprawka będzie jak nic, pewnikiem. Nawet nie zostałam poinformowana, kiedy bedzie ta poprawka, profesor powiedzial tylko, że wyniki i wpisy w czwartek. Jak kuzia wpisy jak ja tu poprawkę będę pisać :(  zeby mu chociaż do głowy nie przyszło zrobić tę poprawkę w następny weekend kiedy mam kolejny na masę trudny egzamin, na którym dopiero będzie rzeź niewiniątek. 
Kurcze gdybym chociaż ściągać potrafiła…
dzisiaj to się chyba normalnie upiję ;(
P.S. dziękuję Eternity za kciuki :*

  • RSS